Telefon wie, gdzie jesteśmy. Mapa pamięta miejsca, których szukaliśmy. Aplikacja muzyczna coraz lepiej rozumie, czego lubimy słuchać. Sklep podsuwa rzeczy podobne do tych, które oglądaliśmy wczoraj. Kalendarz synchronizuje spotkania, chmura przechowuje zdjęcia, aplikacja pogodowa automatycznie pokazuje prognozę dla miejsca, w którym właśnie jesteśmy.
To wszystko jest niezwykle wygodne.
I w większości przypadków właśnie dlatego z tego korzystamy.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przestajemy zauważać, że wygoda bardzo często potrzebuje danych, żeby działać.
Nie zawsze chodzi o coś złego. Nie każda aplikacja zbierająca dane próbuje nas śledzić. Część informacji jest zwyczajnie potrzebna do wykonania usługi.
Mapa potrzebuje lokalizacji, żeby poprowadzić nas do celu.
Aplikacja pogodowa musi wiedzieć, gdzie jesteśmy, jeśli ma automatycznie podać lokalną prognozę.
Chmura potrzebuje dostępu do zdjęć, jeśli ma je synchronizować.
Pytanie nie brzmi więc:
„czy aplikacje powinny mieć jakiekolwiek dane?”
Bardziej:
„czy wiedzą tylko tyle, ile naprawdę jest im potrzebne?”
1. Dane są częścią ceny, której często nie widzimy
Kiedy płacimy za aplikację 20 zł miesięcznie, koszt jest oczywisty.
Gdy aplikacja jest darmowa, sprawa bywa bardziej skomplikowana.
Niektóre bezpłatne usługi zarabiają na reklamach, inne na płatnych funkcjach premium, jeszcze inne wykorzystują dane do personalizacji treści, analityki lub reklamy.
Komisja Europejska zwraca uwagę, że niektóre usługi mogą wyglądać na darmowe, ale ich model biznesowy może opierać się częściowo na wykorzystaniu danych użytkownika zamiast pobieraniu opłaty abonamentowej.
Nie oznacza to, że każda darmowa aplikacja „sprzedaje nasze dane”.
To zbyt duże uproszczenie.
Ale oznacza coś innego:
warto wiedzieć, jaki jest prawdziwy koszt wygody.
Czasem jest nim abonament.
Czasem reklama.
Czasem zgoda na wykorzystanie informacji o naszej aktywności.
A czasem kombinacja wszystkich tych rzeczy.
2. Oddajemy znacznie więcej niż imię i adres e-mail
Kiedy słyszymy „dane osobowe”, często myślimy o imieniu, nazwisku i adresie.
Tymczasem cyfrowy profil może składać się również z zupełnie innych informacji.
Lokalizacji.
Adresu IP.
Identyfikatora urządzenia.
Historii wyszukiwania.
Kliknięć.
Zakupów.
Odwiedzanych stron.
Kontaktów.
Zdjęć.
Informacji o aktywności fizycznej.
Tego, jak często korzystamy z konkretnej funkcji.
Komisja Europejska zalicza do danych osobowych między innymi dane lokalizacyjne, adres IP, identyfikatory reklamowe urządzenia czy identyfikatory plików cookie. Google Play wymienia natomiast w swoich kategoriach między innymi lokalizację, kontakty, zdjęcia, historię wyszukiwania, aktywność w aplikacjach, dane zdrowotne oraz identyfikatory urządzeń.
Pojedyncza informacja może wydawać się niewinna.
Dopiero wiele drobnych informacji razem zaczyna tworzyć bardzo dokładny obraz.
Nie trzeba wiedzieć, co ktoś napisał w prywatnej wiadomości, żeby sporo o nim wiedzieć.
Czasami wystarczy wiedzieć, gdzie bywa, czego szuka, o której korzysta z telefonu i jakie treści zatrzymują jego uwagę.
3. Personalizacja nie bierze się znikąd
Lubimy, kiedy technologia nas „rozumie”.
Spotify lub inna aplikacja muzyczna podpowiada właściwy utwór.
YouTube proponuje coś interesującego.
Mapa przewiduje, dokąd prawdopodobnie chcemy jechać.
Sklep pokazuje ubrania w naszym stylu.
To przyjemne, bo oszczędza czas.
Ale algorytm nie zgaduje.
Uczy się na podstawie informacji o naszej wcześniejszej aktywności.
Google w swojej polityce opisuje, że historia wyszukiwania, aktywność w internecie i aplikacjach oraz inne ustawienia mogą służyć do personalizacji rekomendacji, wyników wyszukiwania czy reklam, zależnie od konfiguracji konta użytkownika.
I tutaj pojawia się interesująca wymiana:
daję ci trochę informacji o sobie, a ty oszczędzasz mi czas.
Sama wymiana nie musi być zła.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie pamiętamy już, że w ogóle się na nią zgodziliśmy.
4. Lokalizacja jest szczególnie wygodna i szczególnie wrażliwa
Nawigacja bez lokalizacji byłaby właściwie bezużyteczna.
Ale dokładne dane lokalizacyjne są jednocześnie jednymi z najbardziej wrażliwych informacji, jakie może posiadać aplikacja.
Z miejsca, w którym przebywamy, można czasem wywnioskować znacznie więcej niż tylko nazwę ulicy.
W Stanach Zjednoczonych Federalna Komisja Handlu podejmowała działania wobec firm zajmujących się danymi lokalizacyjnymi, między innymi w sprawach dotyczących informacji pozwalających wnioskować o wizytach w placówkach medycznych czy miejscach kultu religijnego.
Nie oznacza to, że każda aplikacja z dostępem do GPS robi coś podobnego.
Pokazuje jednak, dlaczego warto zwrócić uwagę na jedno proste pytanie:
czy ta aplikacja naprawdę potrzebuje mojej dokładnej lokalizacji przez cały czas?
Mapa podczas nawigacji, prawdopodobnie tak.
Prosta aplikacja z latarką, raczej nie.
5. Największą zmianą jest chyba to, że dziś możemy sprawdzić więcej
Jeszcze kilka lat temu ocena, co właściwie robi aplikacja z danymi, była dla przeciętnego użytkownika znacznie trudniejsza.
Dzisiaj systemy mobilne dają nam więcej narzędzi.
W App Store znajdują się etykiety prywatności pokazujące, jakie rodzaje danych aplikacja może zbierać, czy są one powiązane z użytkownikiem oraz czy mogą służyć między innymi do śledzenia. Apple oferuje również mechanizm App Tracking Transparency, dzięki któremu użytkownik może zdecydować, czy aplikacja może śledzić jego aktywność w aplikacjach i witrynach innych firm w celach reklamowych lub związanych z pośrednikami danych.
Google Play ma podobną sekcję „Bezpieczeństwo danych”, w której deweloper opisuje, jakie informacje zbiera, udostępnia i do jakich celów je wykorzystuje.
To nie rozwiązuje wszystkich problemów z prywatnością.
Ale daje nam coś bardzo ważnego.
Możliwość wyboru.
6. Prywatność nie oznacza wyłączenia całego telefonu
Łatwo wpaść w dwie skrajności.
Pierwsza:
„Nie mam nic do ukrycia, więc wszystko jedno.”
Druga:
„Najbezpieczniej byłoby niczego nie instalować i wyłączyć internet.”
Żadna nie wydaje mi się szczególnie praktyczna.
Nie musimy rezygnować z map, chmury, aplikacji bankowych, rekomendacji czy synchronizacji.
Możemy po prostu zacząć korzystać z nich bardziej świadomie.
Na przykład aplikacja może dostać lokalizację tylko podczas używania, zamiast cały czas.
Nie każda aplikacja potrzebuje dostępu do kontaktów.
Nie każda musi widzieć wszystkie zdjęcia.
Nie każda potrzebuje mikrofonu.
Android ma panel prywatności pozwalający sprawdzić, które aplikacje korzystały z określonych uprawnień, między innymi aparatu, mikrofonu czy lokalizacji, a następnie te uprawnienia zmienić.
To trochę jak z kluczami do mieszkania.
Nie chodzi o to, żeby nikomu ich nigdy nie dawać.
Chodzi o to, żeby wiedzieć, kto je ma i po co.
7. Najbardziej praktyczna zasada: dawać tyle, ile potrzeba
Nie trzeba czytać każdej polityki prywatności od pierwszej do ostatniej strony.
Można zacząć od kilku prostych pytań.
Czy funkcja wymaga tych danych?
Jeżeli aplikacja pogodowa chce lokalizacji, ma to sens.
Jeżeli prosty kalkulator chce dostępu do kontaktów, warto się zastanowić.
Czy dostęp musi działać cały czas?
Często wystarczy opcja „podczas korzystania z aplikacji”.
Czy mogę podać mniej?
Być może aplikacja nie potrzebuje dokładnej lokalizacji, wystarczy przybliżona.
Czy naprawdę korzystam z tej aplikacji?
Stare programy, których nie uruchamiałyśmy od roku, nie muszą pozostawać zalogowane i wyposażone w zestaw uprawnień.
Czy wiem, co aplikacja deklaruje w sklepie?
Sekcje prywatności w App Store i Google Play można sprawdzić jeszcze przed instalacją.
Kilka minut wystarczy, żeby odzyskać sporo kontroli.
8. W Europie dane nie są czymś, do czego firmy mają nieograniczone prawo
Mamy również konkretne prawa.
RODO daje mieszkańcom Unii Europejskiej między innymi prawo do informacji o tym, jakie dane są przetwarzane i dlaczego, prawo dostępu do nich, ich poprawienia, w określonych sytuacjach usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia oraz sprzeciwu wobec niektórych sposobów wykorzystywania. Zgodę można też wycofać, jeśli to ona jest podstawą przetwarzania.
W codziennym życiu raczej nie będziemy wysyłać zapytania do każdej aplikacji.
Ale sama świadomość, że dane nie są czymś, co po kliknięciu „Akceptuję” przestaje nas dotyczyć, jest ważna.
Dane nadal są o nas.
Cena wygody nie musi być zbyt wysoka
Nie chciałabym wracać do czasów, kiedy trzeba było drukować mapę przed podróżą.
Lubię, że zdjęcia mogą automatycznie trafiać do chmury.
Lubię, kiedy telefon pamięta, gdzie zaparkowałam.
Lubię rekomendacje, które rzeczywiście trafiają w moje zainteresowania.
Technologia potrafi naprawdę ułatwiać życie.
Nie chodzi więc o to, żeby tę wygodę odrzucać.
Chodzi o coś znacznie bardziej rozsądnego:
żeby od czasu do czasu sprawdzić rachunek.
Nie ten finansowy.
Ten drugi.
Jakie dane oddaję?
Komu?
Jak długo?
W jakim celu?
Czy naprawdę tego chcę?
Być może cyfrowa prywatność nie polega dziś na tym, żeby pozostawać całkowicie niewidzialnym.
To byłoby prawie niemożliwe.
Polega raczej na tym, żeby samemu decydować, kiedy warto odsłonić trochę siebie w zamian za wygodę, a kiedy odpowiedź brzmi: nie, tej informacji aplikacja naprawdę nie potrzebuje.
Bo dobra technologia powinna ułatwiać nam życie.
Nie oznacza to jednak, że musi wiedzieć o nim wszystko. 🌙