Przez lata uczono nas, żeby nie marnować czasu.
Dzień miał być dobrze wykorzystany.
Praca wykonana.
Dom ogarnięty.
Lista odhaczona.
Wolna chwila? Można przecież zrobić coś pożytecznego.
Przeczytać wartościową książkę. Posprzątać szufladę. Pójść na trening. Nauczyć się czegoś. Przygotować jedzenie na jutro. Zaplanować kolejny tydzień.
Nawet odpoczynek zaczęliśmy organizować tak, żeby przynosił efekty.
I któregoś dnia pomyślałam:
a może nie każda godzina mojego życia musi się do czegoś przydawać?
Życie stało się projektem do zarządzania
Mamy planery, aplikacje, listy, zegarki mierzące sen, liczniki kroków, kalorie, cele roczne, miesięczne i tygodniowe.
Możemy zmierzyć właściwie wszystko.
I sama z wielu takich rzeczy korzystam.
Lubię planować. Lubię porządek. Lubię wiedzieć, co mam zrobić.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy narzędzie pomagające żyć zaczyna dyktować, jak życie powinno wyglądać.
Dziesięć tysięcy kroków.
Osiem godzin snu.
Dwa litry wody.
Trening.
Rozwój.
Praca.
Rodzina.
Dom.
Hobby.
Relacje.
I oczywiście czas dla siebie, który również trzeba rozsądnie zaplanować między 19:15 a 19:45.
Trochę absurdalne, prawda?
Nawet hobby powinno dziś „coś dawać”
Czytamy, żeby się rozwijać.
Ćwiczymy, żeby poprawić sylwetkę.
Spacerujemy, żeby zrobić kroki.
Fotografujemy, żeby opublikować zdjęcie.
Gotujemy, żeby było zdrowo.
Uczymy się języka, żeby zwiększyć kompetencje.
A co z rzeczami, które robimy dlatego, że po prostu sprawiają nam przyjemność?
Bez wyniku.
Bez publikowania.
Bez przeliczania.
Bez pytania, czy było warto.
Może warto było właśnie dlatego, że przez godzinę nie wynikło z tego kompletnie nic.
„Nic nie robiłam” brzmi jak przyznanie się do winy
To zdanie jest fascynujące.
„Co robiłaś w niedzielę?”
„Nic.”
I od razu pojawia się potrzeba wyjaśnienia.
No, trochę czytałam.
Byłam na spacerze.
Zrobiłam obiad.
Posprzątałam.
Jakby samo nic było zbyt podejrzane.
A przecież czasem naprawdę potrzebujemy dnia, który nie zostawia po sobie efektu.
Nie wyremontowaliśmy kuchni.
Nie przeczytaliśmy trzech książek.
Nie uporządkowaliśmy życia.
Po prostu byliśmy.
Odpoczynek nie musi być nagrodą
Przez długi czas bardzo łatwo myśleć o odpoczynku jak o czymś, na co trzeba zapracować.
Najpierw zrobię wszystko.
Potem usiądę.
Tyle że „wszystko” właściwie nigdy się nie kończy.
Zawsze zostanie pranie.
Mail.
Zakupy.
Telefon.
Dokument.
Coś do poprawienia.
Coś, co można zrobić wcześniej, żeby jutro było łatwiej.
W ten sposób można przeżyć całe lata z poczuciem, że prawdziwy odpoczynek zacznie się po wszystkim.
Tylko że nie ma żadnego „po wszystkim”.
Jest życie.
Nie każdą wersję siebie trzeba poprawiać
Kultura rozwoju osobistego dała nam wiele dobrego.
Nauczyliśmy się mówić o granicach, emocjach, zdrowiu, relacjach i własnych potrzebach.
Ale czasami mam wrażenie, że również człowieka potraktowaliśmy jak projekt remontowy.
Zawsze jest coś do poprawienia.
Lepsza dieta.
Lepsza sylwetka.
Lepsza organizacja.
Lepsze zarządzanie czasem.
Więcej pewności siebie.
Więcej energii.
Więcej sukcesu.
I może przychodzi taki moment w życiu, kiedy warto powiedzieć:
nie wszystko we mnie wymaga naprawy.
Mogę nad sobą pracować i jednocześnie siebie nie traktować jak nieskończonej listy usterek.
Im jestem starsza, tym bardziej cenię zwyczajność
Kiedy jesteśmy młodsi, łatwo zachłysnąć się tym, co wielkie.
Plany.
Marzenia.
Zmiany.
Podróże.
Sukcesy.
„Kiedyś”.
Z czasem coraz bardziej dostrzegam wartość rzeczy, które kiedyś wydawały mi się zbyt zwyczajne, żeby zwracać na nie uwagę.
Spokojny poranek.
Dobra kawa.
Zdjęcie zrobione dla siebie, a nie dla internetu.
Rozmowa z kimś, przy kim nie trzeba niczego udowadniać.
Dom, do którego chce się wracać.
Dzień bez dramatów.
Zdrowie.
Sen.
Cisza.
Może właśnie z takich pozornie małych rzeczy składa się znacznie większa część szczęśliwego życia, niż chcieliśmy kiedyś przyznać.
Można zrobić mniej i nadal przeżyć dobry dzień
Nie namawiam do porzucenia ambicji.
Sama mam ich sporo.
Mam projekty, pracę, pomysły i rzeczy, które chcę jeszcze zrobić.
Ale coraz mniej wierzę w życie polegające na nieustannym przyspieszaniu.
Nie każdy dzień musi być produktywny.
Nie każdy tydzień przełomowy.
Nie każdy rok najlepszy w życiu.
Czasem wystarczy, że był dobry.
A czasem nawet dobry nie musi być.
Może być zwyczajny.
Moja lista rzeczy, których nie muszę
- Nie muszę przeczytać wszystkich ważnych książek.
- Nie muszę obejrzeć każdego polecanego filmu.
- Nie muszę być dostępna dla wszystkich przez cały czas.
- Nie muszę zamieniać każdego zainteresowania w projekt.
- Nie muszę mieć opinii na każdy temat.
- Nie muszę wykorzystać każdej minuty.
- Nie muszę codziennie stawać się lepszą wersją siebie.
Czasami chcę być po prostu dzisiejszą wersją siebie.
I to wystarczy.
Pozwolenie sobie na życie
Być może wolność po pewnym czasie przestaje oznaczać możliwość robienia wszystkiego.
Może zaczyna oznaczać świadomość, że nie muszę robić wszystkiego.
Nie wiem, czy świat zwolni.
Prawdopodobnie nie.
Będą nowe aplikacje, nowe trendy, nowe cele, kolejne rzeczy, które podobno powinniśmy robić, żeby żyć zdrowiej, mądrzej i bardziej świadomie.
Ale ja mogę czasem powiedzieć:
nie dzisiaj.
Dzisiaj wypiję kawę, zanim wystygnie.
Popatrzę przez okno.
Poczytam książkę, której niczego mnie nie nauczy.
Pójdę na spacer bez liczenia kroków.
I nie będę się zastanawiać, czy dobrze wykorzystałam ten czas.
Bo czas przeżyty nie jest czasem zmarnowanym. 🌙