Siadasz wieczorem i właściwie niczego już nie chcesz.
Nie pracowałaś fizycznie. Nie przebiegłaś maratonu. Być może przez większość dnia siedziałaś przy biurku.
A jednak czujesz się tak, jakby ktoś wyjął z Ciebie baterię.
Patrzysz na telefon. Otwierasz wiadomość. Potem Facebook. Ktoś coś napisał. Sprawdzasz mail. Wracasz do artykułu, który czytałaś wcześniej. Po drodze wyskakuje powiadomienie. Odpowiadasz. Widzisz nagłówek wiadomości. Czytasz. Jedna informacja prowadzi do następnej.
Miało być pięć minut.
Minęło czterdzieści.
I wcale nie czujesz się bardziej wypoczęta.
Może właśnie w tym tkwi jeden z paradoksów współczesnego życia: często odpoczywamy przy pomocy urządzenia, które przez cały dzień domagało się naszej uwagi.
Nie chodzi tylko o czas przed ekranem
Łatwo powiedzieć: „za dużo siedzimy w telefonach”.
Tyle że problem jest bardziej skomplikowany.
Telefon jest dziś jednocześnie aparatem fotograficznym, kalendarzem, mapą, gazetą, bankiem, sklepem, komunikatorem, telewizorem, biblioteką i miejscem pracy.
Nie da się więc po prostu podzielić świata na „internet zły” i „życie offline dobre”.
Technologia daje nam ogromną wygodę.
Problem zaczyna się wtedy, gdy cyfrowe narzędzia przestają być czymś, z czego świadomie korzystamy, a zaczynają nieustannie zabiegać o naszą uwagę.
Powiadomienie. Dźwięk. Wibracja. Czerwona kropka. Nowa wiadomość. Nowy komentarz. Nowy film.
Badania nad uwagą pokazują, że samo pojawienie się powiadomienia może zaburzać wykonanie zadania, nawet jeśli człowiek nie sięgnie po telefon.
To niewielkie przerwanie.
Tylko że takich przerwań potrafimy mieć dziesiątki.
Nasz mózg nie wykonuje wszystkiego jednocześnie
Lubimy mówić o wielozadaniowości.
Odpisuję na mail, słucham rozmowy, sprawdzam wiadomość i jeszcze kończę dokument.
Brzmi efektywnie.
W praktyce bardzo często nie wykonujemy wielu wymagających uwagi czynności jednocześnie. Przełączamy się między nimi.
A każde takie przełączenie ma swój koszt.
Trzeba przypomnieć sobie, gdzie skończyliśmy, ponownie wejść w temat, odzyskać koncentrację. Badania nad przerwami i zmianą zadań od lat pokazują, że zakłócenia mogą wpływać na uwagę, pamięć roboczą oraz powrót do przerwanego zadania.
To właśnie dlatego po kilku godzinach pracy przeplatanej komunikatorami, pocztą, mediami społecznościowymi i telefonem możemy czuć zmęczenie nieproporcjonalne do tego, co właściwie zrobiliśmy.
Nie męczy nas wyłącznie praca.
Męczy nas także ciągłe rozpoczynanie jej od nowa.
Informacji jest więcej, niż jesteśmy w stanie spokojnie przetworzyć
Jeszcze niedawno wiadomości miały swój początek i koniec.
Kupowało się gazetę. Oglądało wieczorny serwis. Czytało kilka portali.
Dzisiaj informacja nie ma końca.
Przewijasz ekran i zawsze znajduje się coś jeszcze.
Algorytm nie mówi:
„Iwona, wystarczy na dzisiaj. Reszta jutro”.
Wręcz przeciwnie.
Jego zadaniem jest znaleźć coś, przy czym zatrzymasz się jeszcze chwilę.
I tak docieramy do zjawiska, które dostało nawet własną nazwę: doomscrolling.
Czyli sytuacji, w której przesuwamy kolejne negatywne wiadomości, mimo że zaczynają powodować napięcie, przygnębienie czy poczucie przeciążenia.
Badania prowadzone w ostatnich latach wskazują na związek intensywnego doomscrollingu z niższym dobrostanem, większym stresem i trudnością w oderwaniu się od negatywnych treści. Warto przy tym pamiętać, że część tych badań pokazuje związki między zjawiskami, a nie prostą relację przyczyna-skutek.
Dlaczego więc nadal przewijamy?
Bo internet nie jest nudny.
Jest dokładnie odwrotnie.
Za każdym ruchem palca może znajdować się coś interesującego, zabawnego, poruszającego albo oburzającego.
Nie wiemy co.
I właśnie ta nieprzewidywalność sprawia, że tak łatwo powiedzieć sobie:
„Jeszcze tylko jedno.”
Jeszcze jeden post.
Jeszcze jedna wiadomość.
Jeszcze jeden film.
Jeszcze sprawdzę pogodę.
Jeszcze odpowiem.
A potem orientujemy się, że chcieliśmy odpocząć, ale przez ostatnią godzinę przyjęliśmy kolejne dziesiątki informacji.
Odpoczynek nie zawsze oznacza bezczynność
Najbardziej podstępne jest chyba to, że telefon daje nam poczucie przerwy.
Przecież nie pracuję.
Siedzę na kanapie.
Tyle że moje ciało może odpoczywać, podczas gdy uwaga nadal pracuje.
Czytam.
Oceniam.
Porównuję.
Reaguję.
Przeskakuję.
Podejmuję drobne decyzje.
I być może dlatego czasami znacznie bardziej regeneruje nas pół godziny spaceru, gotowania, fotografowania, podlewania kwiatów czy zwykłego patrzenia przez okno niż pół godziny spędzone na przewijaniu telefonu.
Nie dlatego, że technologia jest zła.
Dlatego, że cisza informacyjna też jest potrzebą.
Nie potrzebujemy kolejnego „cyfrowego detoksu”
Nie przekonuje mnie pomysł, że rozwiązaniem musi być tygodniowe odcięcie internetu, wyrzucenie telefonu do szuflady i wyjazd w Bieszczady.
Po powrocie nadal będziemy mieli mail, komunikatory, media społecznościowe i pracę.
Znacznie bardziej interesuje mnie coś innego:
cyfrowa higiena na zwykły wtorek.
Wyłączenie powiadomień, których naprawdę nie potrzebujemy.
Niebranie telefonu do każdej wolnej minuty.
Robienie jednej rzeczy naraz, kiedy wymaga skupienia.
Nieotwieranie wiadomości przed snem tylko dlatego, że telefon leży obok.
Pozostawienie czasem kolejki, windy albo pięciu minut przy kawie bez wypełniania ich treścią.
To drobiazgi.
Ale może właśnie takich drobiazgów potrzebujemy najbardziej.
Nuda przestała być oczywista
Pamiętam świat, w którym czasami po prostu nie było co robić.
Czekało się.
Patrzyło przez okno autobusu.
Stało w kolejce.
Siedziało przy stole, zanim ktoś przyszedł.
Nuda nie była awarią systemu, którą natychmiast trzeba naprawić telefonem.
Dzisiaj każde kilka sekund można zagospodarować.
I nie jestem pewna, czy zawsze wychodzi nam to na dobre.
Bo właśnie w pustych chwilach przychodzą pomysły.
Porządkują się myśli.
Coś sobie przypominamy.
Albo przez kilka minut nie dzieje się absolutnie nic.
I to też jest w porządku.
Może nie jesteśmy zmęczeni życiem. Może jesteśmy zmęczeni bodźcami
Nie zamierzam rezygnować z internetu.
Lubię technologię. Korzystam z niej codziennie. Jest dla mnie narzędziem pracy, wiedzy, kontaktu i twórczości.
Ale coraz bardziej chcę decydować kiedy jestem online, zamiast automatycznie być online zawsze.
Nie chodzi o powrót do świata sprzed smartfonów.
Chodzi o odzyskanie czegoś bardzo współczesnego i jednocześnie bardzo starego:
własnej uwagi.
Bo być może dziś jednym z największych luksusów nie jest szybki internet.
Jest nim chwila, podczas której nic nie próbuje nas odciągnąć od tego, co właśnie robimy.