Kiedyś dobre życie kojarzyło mi się z czymś większym.
- Z planami.
- Z kolejnymi celami.
- Z poczuciem, że trzeba coś zdobyć, czegoś doświadczyć, gdzieś być, coś osiągnąć.
Dzisiaj coraz częściej myślę, że dobre życie nie musi być większe.
Może być po prostu bardziej moje. Z wiekiem niekoniecznie chcę mniej od życia.
Po prostu coraz lepiej wiem, czego nie potrzebuję.
Coraz mniej potrzebuję rzeczy
Nie dlatego, że nagle stałam się minimalistką.
Nie mam potrzeby liczenia kubków w szafce ani pozbywania się połowy domu tylko po to, żeby zostało pięć idealnie dobranych przedmiotów.
Chodzi o coś innego.
Coraz rzadziej wierzę, że kolejna rzecz zmieni moje życie.
Kolejna torebka.
Kolejny gadżet.
Kolejny przedmiot, który ma sprawić, że będę bardziej zorganizowana, bardziej stylowa albo bardziej gotowa na jakąś lepszą wersję codzienności.
Lubię ładne rzeczy.
Nadal.
Ale coraz częściej wybieram takie, które naprawdę coś dla mnie znaczą albo rzeczywiście są mi potrzebne.
Może dlatego, że z czasem zaczynamy rozumieć prostą rzecz:
przedmioty zajmują miejsce nie tylko w domu. Zajmują również miejsce w naszej uwadze.
Coraz mniej potrzebuję udowadniać
To chyba jedna z większych zmian. Kiedy jesteśmy młodsi, łatwiej żyć z myślą, że trzeba coś komuś pokazać.
- Że dałam radę.
- Że mam rację.
- Że jestem dobra.
- Że mnie stać.
- Że sobie poradziłam.
- Że moje wybory były słuszne.
- Że moje życie wygląda dobrze.
Z czasem coraz mniej mnie to interesuje.
Nie muszę przekonywać każdego do swoich decyzji.
Nie muszę tłumaczyć, dlaczego coś wybieram.
Nie muszę udowadniać, że jestem wystarczająco ambitna, nowoczesna, zajęta czy ciekawa.
I chyba najbardziej uwalniające jest właśnie to:
nie każdy musi mnie rozumieć. Nie każdy też musi mnie lubić, w końcu nie jestem zupą pomidorową
Nie muszę być wszędzie
Był czas, kiedy „dużo się dzieje” brzmiało jak komplement.
- Pełny kalendarz.
- Spotkania.
- Wyjścia.
- Wydarzenia.
- Wyjazdy.
- Plany.
Dzisiaj coraz częściej myślę, że pusty wieczór też może być czymś bardzo wartościowym.
- Nie mam już potrzeby być wszędzie.
- Nie muszę znać wszystkich miejsc.
- Nie muszę pojawiać się na każdej imprezie.
- Nie muszę mieć wrażenia, że coś mnie omija.
- Może dlatego, że z wiekiem zaczynam bardziej cenić energię niż obecność.
Nie pytam już tylko:
„czy mogę tam być?”
Coraz częściej pytam:
„czy naprawdę chcę?”
I to jest zupełnie inne pytanie.
Nie każdą relację trzeba utrzymywać za wszelką cenę
To temat trudniejszy.
Bo łatwo powiedzieć, że warto otaczać się dobrymi ludźmi.
Znacznie trudniej zaakceptować, że nie każda relacja pozostaje dobra tylko dlatego, że trwa długo.
Niektóre znajomości kończą się po cichu.
Nie ma wielkiej kłótni.
Nie ma dramatycznego finału.
Po prostu pewnego dnia orientujemy się, że więcej w nich obowiązku niż bliskości.
Więcej napięcia niż swobody.
Więcej dawnych wspomnień niż współczesnej więzi.
Kiedyś miałam większą potrzebę ratowania każdej relacji.
Dzisiaj coraz lepiej rozumiem, że ludzie mogą odejść z naszego życia bez tego, żeby ktoś koniecznie musiał być winny.
Czasem po prostu idziemy w różnych kierunkach.
I to też jest część życia.
Coraz mniej potrzebuję spełniać cudze oczekiwania
To chyba jedna z rzeczy, która przychodzi najwolniej.
Bo cudze oczekiwania często są bardzo dobrze przebrane.
- Za troskę.
- Za „dobrą radę”.
- Za rodzinne przyzwyczajenia.
- Za pytanie: „a co ludzie powiedzą?”.
- Za przekonanie, że w określonym wieku powinniśmy już coś mieć, coś zrobić albo w jakiś sposób wyglądać.
I przez wiele lat można nawet nie zauważyć, ile decyzji podejmuje się po to, żeby ktoś inny był zadowolony.
Z czasem coraz częściej przychodzi pytanie:
a gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Nie chodzi o egoizm.
Chodzi o zgodę na własne życie.
Na inne tempo.
- Inne priorytety.
- Inną definicję sukcesu.
- Inną ilość ludzi.
- Inny sposób odpoczywania.
- Inny pomysł na zwyczajny dzień.
Coraz bardziej potrzebuję ciszy
Nie pustki.
Ciszy.
To dwie różne rzeczy.
Cisza nie oznacza braku życia.
Czasem właśnie wtedy życie słychać najlepiej.
- Poranny dom.
- Otwierane okno.
- Deszcz.
- Kawa.
- Szum drzew.
Zwykłe dźwięki, których nie trzeba zagłuszać kolejną audycją, filmem czy powiadomieniem.
Coraz częściej myślę, że cisza jest formą luksusu.
Nie dlatego, że jest droga.
Dlatego, że stała się rzadka.
Świat bardzo skutecznie nauczył nas, że każdą pustą chwilę trzeba czymś wypełnić.
A ja coraz bardziej lubię chwile, w których nic nie musi mnie zajmować.
Jakość coraz częściej wygrywa z ilością
Kiedyś więcej wydawało się lepsze.
- Więcej znajomych.
- Więcej ubrań.
- Więcej planów.
- Więcej doświadczeń.
- Więcej rzeczy do zobaczenia.
Dziś wybieram inaczej.
Wolę jedną dobrą rozmowę niż pięć powierzchownych.
Jedną rzecz, którą naprawdę lubię, niż pięć kupionych przypadkiem.
Kilka miejsc, do których chcę wracać, zamiast kolekcjonowania kolejnych punktów na mapie.
Jedną książkę przeczytaną powoli.
Jedno zdjęcie, które coś dla mnie znaczy.
Jednego człowieka, przy którym można być sobą.
I nagle okazuje się, że mniej wcale nie oznacza ubożej.
Czasem oznacza głębiej.
Coraz ważniejsi są dobrzy ludzie
Nie idealni.
Dobrzy.
Tacy, przy których nie trzeba się pilnować.
- Nie trzeba grać.
- Nie trzeba być cały czas interesującą.
- Można powiedzieć coś głupiego.
- Można milczeć.
Można mieć gorszy dzień.
Można się nie zgadzać i nadal się lubić.
Z wiekiem coraz mniej imponują mi ludzie, którzy błyszczą.
Coraz bardziej cenię tych, przy których jest spokojnie.
Może właśnie dlatego, że dobra relacja nie musi być intensywna.
Musi być bezpieczna.
Własny rytm staje się ważniejszy niż tempo świata
Świat bardzo lubi przyspieszać.
- Szybciej pracować.
- Szybciej odpowiadać.
- Szybciej osiągać.
- Szybciej kupować.
- Szybciej się zmieniać.
Tyle że człowiek nie zawsze chce żyć szybko.
I chyba z czasem coraz łatwiej dać sobie prawo do własnego tempa.
Nie porównywać poranka do czyjegoś poranka.
Nie mierzyć swojego życia cudzym kalendarzem.
Nie czuć się spóźnioną tylko dlatego, że ktoś inny jest gdzie indziej.
Może być bardzo dobrze nawet wtedy, kiedy nie dzieje się nic spektakularnego.
Granice też są formą troski
Kiedyś granice kojarzyły mi się z czymś twardym.
Z odcinaniem.
Z konfliktem.
Dzisiaj widzę je inaczej.
Granica może być bardzo spokojna.
„Dziś nie mogę.”
„Nie chcę o tym rozmawiać.”
„Potrzebuję odpocząć.”
„To mi nie służy.”
„Nie zgodzę się na to.”
Bez tłumaczenia się przez pół godziny.
Bez poczucia winy.
Bez agresji.
Zdrowe granice nie oznaczają braku miłości do ludzi.
Czasem oznaczają po prostu, że zaczynamy traktować siebie równie poważnie jak innych.
Dobre życie staje się prostsze
Nie prostsze w sensie łatwiejsze.
Życie nadal potrafi komplikować się bez pytania o zgodę.
Chodzi raczej o to, że coraz mniej rzeczy jest mi potrzebnych do tego, żeby dzień uznać za dobry.
- Nie potrzebuję wielkiego wydarzenia. Wystarczy spokojny poranek.
- Nie potrzebuję zachwytu wszystkich. Wystarczy kilku ludzi, których naprawdę lubię.
- Nie potrzebuję wypełnić każdej godziny.
- Nie potrzebuję mieć wszystkiego uporządkowanego.
- Nie potrzebuję być wszędzie.
- Nie potrzebuję wygrywać każdej rozmowy.
- Nie potrzebuję udowadniać, że moje życie jest dobre.
Wystarczy, że ja to wiem.
Coraz mniej potrzebuję. I chyba coraz więcej mam
To trochę przewrotne.
Bo kiedy odpada potrzeba ciągłego zdobywania, pojawia się miejsce na zauważanie.
- Na to, co już jest.
- Na własny dom.
- Na ludzi.
- Na zwyczajność.
- Na zdrowie.
- Na czas.
- Na śmiech.
- Na herbatę wypitą bez pośpiechu.
- Na spacer bez celu.
- Na wieczór, który nie musi być produktywny.
- Na życie bez publiczności.
I może właśnie na tym polega jedna z najładniejszych zmian, jakie przychodzą z wiekiem.
Nie na tym, że przestajemy chcieć.
Tylko na tym, że zaczynamy chcieć tego, co naprawdę nasze.
- Mniej hałasu.
- Mniej udowadniania.
- Mniej cudzych oczekiwań.
A więcej jakości, ciszy, własnego rytmu i ludzi, przy których można być sobą.
Może to właśnie jest moja dzisiejsza definicja dobrego życia.
Nie większego.
Bliższego. 🌙
Pozdrawiam
Iwona