Wszystko zaczęło się przypadkiem
Powiem szczerze: wcześniej nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak Ziemia Egipska.
Nie szukałam nowego bronzera. Nie czytałam rankingów. Nie miałam też planu, żeby kupować kolejny kosmetyk.
Dowiedziałam się o niej podczas zupełnie zwyczajnej rozmowy w pracy. Przeglądałyśmy kosmetyki, ktoś coś zamawiał i nagle koleżanka zobaczyła charakterystyczne opakowanie.
Jej reakcja była mniej więcej taka, jakby właśnie znalazła kosmetyczny skarb.
„Ziemia Egipska!”
I oczywiście natychmiast zaczęłam wypytywać, co w niej takiego wyjątkowego.
Usłyszałam, że to jeden z tych produktów, które kobiety potrafią kupować przez lata. Że wygląda bardzo ciemno, ale na skórze zachowuje się zupełnie inaczej. Że można budować nim kolor. Że jest niesamowicie wydajny.
Kilka dni później miałam własne opakowanie.
Ciekawość wygrała.
Pierwsze wrażenie: to ma być bronzer?
Kiedy pierwszy raz otworzyłam opakowanie, pomyślałam:
to jest bardzo ciemne.
W kamieniu produkt wygląda intensywnie i ktoś o jasnej cerze może rzeczywiście przez chwilę zastanawiać się, czy nie zrobi sobie na twarzy brązowej plamy.
Na szczęście szybko okazało się, że wygląd produktu w opakowaniu ma niewiele wspólnego z efektem pierwszej cienkiej warstwy na skórze.
Kolor pojawia się stopniowo.
Jedno muśnięcie daje bardzo delikatny efekt.
Drugie go wzmacnia.
Kolejne pozwalają zbudować intensywniejszą opaleniznę.
I właśnie możliwość stopniowania efektu spodobała mi się najbardziej.
Efekt, który trudno było porównać z innymi bronzerami
Najbardziej zaskoczyło mnie wykończenie.
Nie miałam wrażenia, że nałożyłam na twarz kolejną warstwę pudru.
Produkt rozprowadzał się bardzo cienko i miękko. Zamiast widocznej warstwy kosmetyku zostawało ciepło koloru.
Najlepiej potrafię opisać to jako efekt:
skóra po kilku spokojnych dniach na słońcu, a nie twarz pomalowana bronzerem.
Nie było ciężko.
Nie było kredowo.
Nie było też charakterystycznego efektu mocno pudrowej powierzchni.
Skóra wyglądała po prostu cieplej.
I to było dokładnie to, czego szukałam.
Najważniejsza zasada: naprawdę niewiele
Przy tym produkcie szybko zrozumiałam jedną rzecz.
Nie można traktować go jak zwykłego pudru.
Pędzel powinien jedynie delikatnie dotknąć powierzchni produktu.
Potem warto strzepnąć nadmiar i dopiero zacząć aplikację.
Znacznie łatwiej dołożyć drugą cienką warstwę niż później próbować ratować zbyt mocny efekt.
Do nakładania najlepiej sprawdzał mi się duży, miękki pędzel typu kabuki.
Pozwalał równomiernie rozprowadzić kosmetyk i uniknąć ostrych granic koloru.
Gdzie go nakładałam?
Nie ograniczałam się wyłącznie do policzków.
Delikatnie omiatałam miejsca, które naturalnie łapią światło:
- kości policzkowe
- skronie
- linię czoła
- bardzo subtelnie nos
- linię żuchwy
- czasami szyję i dekolt
Nie chodziło o mocne konturowanie.
Wręcz przeciwnie.
Chciałam uzyskać spójny, ciepły koloryt skóry.
I właśnie do tego sprawdzał się najlepiej.
Czy naprawdę pasuje każdej cerze?
Tutaj dziś byłabym ostrożniejsza niż kiedyś.
Producent przez lata przedstawiał Ziemię Egipską jako produkt o bardzo uniwersalnym charakterze. I rzeczywiście możliwość budowania koloru sprawia, że może wyglądać zupełnie inaczej przy jednej i przy kilku warstwach.
Nie oznacza to jednak, że jeden bronzer będzie idealny dla absolutnie każdego odcienia i podtonu skóry.
Kosmetyki kolorowe zawsze warto oceniać na własnej twarzy.
To, co na jednej osobie wygląda jak naturalna opalenizna, na innej może być zbyt ciepłe albo zbyt intensywne.
U mnie kolor sprawdzał się świetnie.
I właśnie na tym powinna kończyć się uczciwa recenzja.
A co z kwasem hialuronowym?
Jednym z elementów, które kiedyś szczególnie przyciągały moją uwagę, była obecność składników kojarzonych z pielęgnacją skóry, w tym kwasu hialuronowego lub jego pochodnych.
Tu warto jednak doprecyzować pewną rzecz.
Kwas hialuronowy rzeczywiście naturalnie występuje w organizmie człowieka i ma niezwykłą zdolność wiązania wody. W kosmetykach stosowanych na skórę pełni przede wszystkim funkcję humektantu, czyli pomaga utrzymywać wodę w warstwie powierzchniowej skóry.
Nie oznacza to natomiast, że puder czy bronzer „uzupełnia zapasy kwasu hialuronowego w organizmie”.
Kosmetyki działają przede wszystkim tam, gdzie je nakładamy.
I warto rozdzielać atrakcyjny język marketingowy od rzeczywistego mechanizmu działania składników.
Największe zaskoczenie? Wydajność
Po kilku tygodniach regularnego stosowania zaczęłam się zastanawiać, czy w opakowaniu w ogóle ubyło produktu.
Naprawdę wyglądało prawie tak samo jak pierwszego dnia.
I tu rzeczywiście rozumiem jego wieloletnią opinię produktu bardzo wydajnego.
Przy prawidłowej aplikacji potrzeba go niezwykle mało.
To również zmienia sposób patrzenia na cenę kosmetyku.
Produkt może być droższy przy zakupie, ale jeżeli korzystamy z niego miesiącami albo nawet znacznie dłużej, koszt pojedynczego użycia może okazać się zupełnie inny niż w przypadku tańszego bronzera zużywanego dużo szybciej.
Czy zastąpił mi podkład?
Kiedy pierwszy raz pisałam o Ziemi Egipskiej, byłam nią tak zachwycona, że pół żartem zastanawiałam się, czy podkłady są mi jeszcze w ogóle potrzebne.
Dzisiaj powiedziałabym to trochę inaczej.
To są dwa różne kosmetyki.
Podkład wyrównuje koloryt i może zapewniać krycie.
Bronzer przede wszystkim ociepla twarz i nadaje jej wymiar.
Jeżeli ktoś ma równą cerę i lubi bardzo naturalny makijaż, może spokojnie użyć jedynie kremu, odrobiny korektora i bronzera.
Ale nie oznacza to, że bronzer wykonuje pracę podkładu.
Po prostu czasami okazuje się, że potrzebujemy mniej kosmetyków, niż wcześniej sądziłyśmy.
Czy zachwyt pozostał?
Tak.
Ale dzisiaj patrzę na kosmetyki trochę inaczej niż kilka lat temu.
Nie wierzę już w „kosmetyk idealny dla każdej kobiety”.
Nie wierzę też, że jeden produkt odmieni pielęgnację czy makijaż wszystkich.
Skóra, kolor cery, oczekiwania i sposób wykonywania makijażu są zbyt indywidualne.
Mogę powiedzieć coś znacznie prostszego:
u mnie Ziemia Egipska sprawdziła się znakomicie.
Podobał mi się sposób, w jaki można budować kolor.
Podobało mi się lekkie wykończenie.
Podobała mi się wydajność.
I przede wszystkim podobało mi się to, że po aplikacji nadal widziałam swoją skórę.
Tylko trochę cieplejszą.
Trochę bardziej wypoczętą.
Jakby naprawdę dotknęło jej słońce.

Czy kupiłabym ponownie?
To dla mnie zawsze najlepszy test kosmetyku. Nie liczba obietnic na opakowaniu. Nie reklama.
Nie popularność marki. Tylko jedno pytanie:
czy kiedy produkt się skończy, będę chciała mieć następny?
W przypadku tego bronzera odpowiedź była bardzo prosta.
Tak.


I chyba właśnie dlatego po tylu latach nadal pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam przy biurku:
„Jak to? Nie znasz Ziemi Egipskiej?”
Nie znałam. Ale szybko nadrobiłam zaległości.